Wystawa "Życie Sąsiadów, Roślin i Manekinów" Marka Filipiuka w Galerii ASP

We wtorek, 11 września 2018 r. w Galerii ASP odbył się wernisaż wystawy Marka Filipiuka "Życie Sąsiadów, Roślin i Manekinów". Na ekspozycji prezentowany jest cykl zatytułowany "Życie Sąsiadów, Roślin i Manekinów", w którym artysta dąży do spotkania tradycyjnego malarstwa i nowych technologii, co stwarza pole do stosowania wielu nieortodoksyjnych technik artystycznych, takich jak drukowanie/malowanie na blachach aluminiowych, gdzie ręka/pędzel i sprzęt cyfrowy dzielą ze sobą pracę i przestrzeń, tworząc mariaż tradycyjnej farby z projekcją wideo. Tematem przewodnim jest podglądactwo, a wspólnym motywem wszystkich prac – okno. W pracach Marka Filipiuka na okna pada cień melancholii i wyobcowania. Pojawia się tu kilka postaci ludzkich, ale są one przeważnie bez znaczenia. Wyszukane barokowe i klasycystyczne ramy otaczające okna zaludniają manekiny i półżywe rośliny doniczkowe. W dziele sztuki obecność okna można odczytywać jako metaforę pojęcia dominacji, nadzoru, podglądactwa lub tęsknoty. Okno stanowi wrota do innego świata, a sam proces malowania można postrzegać jako tworzenie okien na inne światy. Podobnie jest w przypadku technologii cyfrowych, zważywszy na to, jak obsesyjnie śledzimy okienka pojawiające się na ekranach naszych komputerów, tabletów i telefonów.

 

Filipiuk_ASP_w_Krakowie_01Filipiuk_ASP_w_Krakowie_02Filipiuk_ASP_w_Krakowie_03Filipiuk_ASP_w_Krakowie_04Filipiuk_ASP_w_Krakowie_05Filipiuk_ASP_w_Krakowie_06Filipiuk_ASP_w_Krakowie_07Filipiuk_ASP_w_Krakowie_08Filipiuk_ASP_w_Krakowie_09

 

Wystawie towarzyszy katalog, w którym prof. Adam Brincken - kurator wystawy - pisze: 

"Prawie od zawsze artystyczne i teoretyczne zainteresowania Marka Filipiuka skupiają się wokół zagadnień dotyczących roli i przyszłości malarstwa w epoce rewolucji technologicznych. Dziesięć lat temu autor stawiał sobie i nam fundamentalne pytania: Czy malarstwo może zlekceważyć nowe technologie? Jakie są konsekwencje takiego zlekceważenia? Jakie są zastosowania i użycia nowych technologii? Jaką rolę odgrywa humanistyczna estetyka, która ma swoje źródło w rękach artysty i jest fundamentalnie przeciwna technologii, a działa w świecie zdominowanym przez maszynę?
W swej koncepcji pracy doktorskiej pisał wówczas: „Praca, którą proponuję, zamierza zdefiniować te nowe wyzwania i zbadać możliwości dla malarstwa w rzeczywistości całkowej. […] Zostaną użyte tradycyjne przekonania i metody obrazowania, ale także nowe komputerowe rozwiązania technologiczne”.
Wtedy też powstały wielkoformatowe obrazowydruki. Nieco wcześniejsze rozwijały i zwijały swą kolażową płaszczyznę, by dało się ją przetransportować i zaprezentować w wielu galeriach w Polsce. Przeleciały ocean lub przepłynęły szmat drogi od wybrzeży Kanady do portu w Gdyni. Toronto pozostaje bowiem miejscem jego życia i pracy, nie licząc studiów pod okiem Jerzego Nowosielskiego w krakowskiej ASP i ostatnich lat spędzanych w różnych częściach świata, w tym w Krakowie.
Gdy kończył swą pracę pedagogiczną, Marek myślał o środowisku, które zostawia za sobą, o młodych ludziach, z którymi pracował. Byli dlań pojedynczymi fenomenami ułożonymi z cech osobowych tak urozmaiconych, że niejako stwarzali tym siebie samych. Mieli odmienne charaktery i upodobania, pasje i pustki, energię młodości i zwyczajne „nie chce mi się”, ale istnieli w rzeczywistości. Gdy przywołuję w pamięci ich wizerunki lub przyglądam się dwóm obrazom (portretom znajdującym się w zbiorach Muzeum Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie), to do tych charakterów namalowanych na blachach niemal natychmiast dodaję ich – nie ich twarze, lecz osobowości. Sugestywność tych obrazów jest tak ogromna, że nie sposób uwierzyć, że ich wizerunki są nieprawdą. Nie chodzi o to, że Filipiuk pozostawał wierny ich powierzchowności, lecz o to, że oddawał ich istotę. Zachował ich atrybuty, na przykład instrumenty muzyczne, lecz właśnie sposób malowania Marka Filipiuka sprawił, że pozostali na tych metalowych płytach na zawsze wryci w pamięć istnienia. Zastanawiam się, nawiązując do dzieł polskiego baroku, czy nie są to w pewnym sensie portrety trumienne nieumarłych? Złożenie i scalenie obrazu, wydrukowanie go, potraktowanie go jak swego rodzaju podmalówki, a następnie fizyczne działanie na nim. Potem znów skan, wydruk, własne działanie z ręki i tak do momentu, w którym artysta mówi „Dość! Już jesteś. Stałeś się”. Wtedy dzieło trafia na blaszane podobrazie, wchodzi weń, zostaje utrwalone… by pamiętało.
Pamięć ukryta jest w nierealnym, gdzie obserwujemy i stwarzamy siebie. Jest ona światłem i elektrycznością poza ciałem, ale polegającą na nim. Jest kolażem fragmentów, które zszywamy, aby otrzymać całość różnych reprezentacji, przeżyć i wydarzeń. Pamięć jest rekolekcją, a rekolekcja powoduje, że imaginacja zaczyna tworzyć, rekonstruować z małych cząstek symulacje wydarzeń, które miały miejsce w danym okresie w naszym życiu. Pamięć jest pisana i przepisywana wiele razy. Rekonstruuje ona przeszłość by zadowolić praktyczne i estetyczne wymogi teraźniejszości. Pamięć jest wirtualna. Funkcjonuje tak jak cyfrowe przetwarzanie obrazu. Manipuluje dostępnymi obrazami i wymyśla nowe, przez powiększanie, dystorsję, transformację i syntezę.
Teraz na wystawie w Galerii ASP w Krakowie patrzymy w okna – nie nasze, cudze. Podglądamy czyjeś życie. Wpatrujemy się w nie bezczelnie z ukrycia. Te nowe obrazy Marka Filipiuka, znów wykonane na blasze, są rozległym cyklem, być może otwartym właśnie jak okna. Część z nich to cykl poziomych, kameralnych obrazów, w formie przypominającej poliptyki rejestrujące sekwencje spojrzeń i zdarzeń. Inne są pojedyncze i wielkoformatowe. Gdy widz znajdzie się blisko ich płaszczyzny, ma wrażenie, że namalowano je w naturalnej skali.
To pojedyncze okna kamienicy. Ich wystrój bogactwem nawiązuje do barokowej ramy okalającej obrazy, choć rzeźbienia, gzymsy i zewnętrzne parapety lata świetności mają już za sobą. Kruszeją, odpadają, są odrapane, ale nadal istnieją. Zaświadczają o minionym czasie, pamiętają. Teraz decyzją artysty stają się ramą sceny bądź ekranu. Na parapetowym proscenium znalazło się nie byle co. Doniczkowe kwiaty, dzbanki lub inne fragmenty stille leben. Niekiedy na chwilę od podmuchu wiatru lub za sprawą niewidzialnej ręki odsuwa się muślinowa przesłona firanki. Raczej się domyślamy niż widzimy, co być może dzieje się we wnętrzu mieszkania. My, widzowie, decyzją malarza znaleźliśmy się od strony światła, podczas gdy w obrazie do wieczora panuje półmrok.
Jak ma się owo podglądanie do prawa do prywatności? Ciekawość lub nawet ciekawskość popycha bowiem do tego, by stać się widzem scen zakazanych, intymnych, niejasnych. Oczekujemy tego, co już bez naszego udziału może zdarzyć się tym razem nie na ciągle zmiennym ekranie lecz właśnie teraz i tu. W obrazach tych, stworzonych przy użyciu współczesnego warsztatu malarskiego, tkwi oczekiwanie i czas – jak u Vermeera czy Hammershoi.
Nowe obrazy Marka Filipiuka mają magię i moc przyciągania, i to raczej nie z sentymentów czy powodów, o których wcześniej wspomniałem. Nie mają w sobie i na sobie barwnych radości. Są w większości monochromatyczne. Tylko to, co za szybą i na parapecie, ożywa niekiedy delikatnością kształtów i czystym, pastelowym tonem. Obrazy te być może poskładane są z czasu na zapominanie, z coraz dłuższego przebiegu zarezerwowanego na spokój.
To bardzo subtelny wymiar i obraz przemijania, który pragnie zachować coś lub kogoś w sobie na zawsze i do końca.
A w Galerii stoimy przed ścianą ekranu, przed nami scena, ożywiony obraz.
Ktoś powoli przechodzi, znika, znów się pojawia, coś robi, istnieje, jest!"*

 

Marek Filipiuk mówi:

"Gdy byłem dużo, dużo młodszy, uwielbiałem chodzić do sklepu z artykułami artystycznymi. W okolicy było wiele miejsc tego typu, ale ja upodobałem sobie szczególnie sklep Gwartzmana na Spadina Avenue w Toronto. Zachwycało mnie w nim właściwie wszystko: intymna atmosfera, zapach, powierzchnie, zastępy farb w tubkach uporządkowane według rodzaju na półeczkach i gotowe rozpalić twórczy umysł samą gamą dostępnych możliwości. Tęcza piór, ołówków, markerów, farb i tuszów. Ogromne bele płócien, morze blejtramów. Uwielbiałem też przekomarzanki robiących tam zakupy artystów. Często nadstawiałem ucha w nadziei na jakąś wskazówkę, klucz do wielkiej tajemnicy. Sam pan Gwartzman mnie onieśmielał, a jednocześnie pokrzepiał. Nie tolerował braku wiedzy: albo znałeś się na rzeczy, albo musiałeś się najeść wstydu. Doświadczenie zakupów u Gwartzmana było dla mnie przede wszystkim mostem prowadzącym do bohaterów przeszłości, takich jak Goya, van Gogh, Picasso i cała reszta. I oni przecież stosowali te same narzędzia, te same materiały. Ich warsztat był moim warsztatem. Za pośrednictwem sklepu moje doświadczenie twórcze wiązało się w pewnym sensie z ich historią.
Sklep Gwartzmana wciąż istnieje, a pan Gwartzman nadal jest jego właścicielem. Do dziś pracuje za ladą, ma już jednak znacznie mniej do roboty. Interesy nie idą jak dawniej. Klienci się wykruszają. Nawet ja rzadko tam wstępuję. Jeśli potrzebuję nowych narzędzi lub materiałów, wybieram się do jednego ze sklepów wielkopowierzchniowych, bo mają bogatszy i znacznie bardziej różnorodny asortyment. Można w nich kupić nie tylko przybory przydatne w „prawdziwym” atelier; otwierają również okno na nowe technologie. Oprócz technik analogowych, oferują cyfrowe. Ich hybrydowy charakter odzwierciedla wyraźnie dwubiegunowość dzisiejszego środowiska artystycznego. Świat, w którym w konfrontacji z nowymi technologiami artyści albo bez reszty dają się ponieść nowości, albo całkowicie ją odrzucają. Tylko niektórzy usiłują przerzucić most nad podziałami lub przynajmniej rozpocząć niezwykle potrzebny dialog. Tak właśnie jest w moim przypadku. Najtrafniej opisuje mnie etykietka malarza hybrydowego. Cenię sobie tradycyjne farby olejne, płótno i pędzel, lubię też jednak sposób, w jaki potrafią współpracować ze sobą kamery, projektory, drukarki i programy komputerowe. Droga, jaką kroczę, nie prowadzi „od malarstwa tradycyjnego do cyfrowego”, lecz raczej stara się odnaleźć między nimi punkt równowagi, punkt, w którym można się na chwilę zatrzymać w ciągłej wędrówce między dwoma światami, odnajdując przy tym odrobinę satysfakcji artystycznej i poczucia jasności.
Na razie działam na dwóch frontach, eksperymentując zarówno z farbą fizyczną, jak i cyfrową, sprawdzając, co się stanie, gdy je ze sobą skontrastuję. Bardzo dużo rozmyślam nad tym, jak najlepiej połączyć nieprawdopodobną swobodę palety cyfrowej z prawdziwym malarstwem. W konsekwencji działam zawsze w dwóch pracowniach – „mokrej” i „suchej” – i bez ustanku się między nimi przemieszczam. Obie te przestrzenie konfrontują się ze sobą, nawzajem stymulują i przekształcają. Tradycyjny obraz malarski nanoszę na materiał fotograficzny, przekształcam na formę cyfrową, a następnie przetwarzam za pomocą nowych technologii. Efekt tych transformacji powraca do pracowni „mokrej”, gdzie poddawany jest dalszej obróbce analogowej; końcowe dzieło powstaje poprzez ciągłe przemieszczanie się między tymi dwoma światami. To stwarza pole do stosowania wielu nieortodoksyjnych technik artystycznych, takich jak drukowanie/malowanie na blachach aluminiowych, gdzie ręka z pędzlem i sprzęt cyfrowy dzielą ze sobą pracę i przestrzeń. Mariaż tradycyjnej farby z projekcją wideo pozwala mieć nadzieję na to, że między tymi dwoma z pozoru antagonistycznymi narzędziami uda się osiągnąć jedność.
Tematycznym punktem wyjścia dla niniejszego cyklu było pojęcie podglądactwa, owego wstydliwego nawyku, któremu oddaje się każdy z nas. W ostatecznym kształcie dzieło obejmuje niektóre, choć nie wszystkie, aspekty początkowego zamysłu. Takie są koleje sztuki konceptualnej. Fizyczność pracowni artystycznej zawsze dokonuje na niej dzieła zniszczenia lub przekształcenia. W niniejszym cyklu zachowałem przede wszystkim element architektoniczny w postaci okna. Okno jako motyw przewija się przez całą historię sztuki zachodniej – od Rafaela po Salvadora Dalego, od Velazqueza po Matisse’a. Okala niezmiennie przezroczystą granicę między wnętrzem a zewnętrzem, pozwalając ciekawskim wyjrzeć na zewnątrz lub – przeciwnie – zerknąć do środka. Ów pospolity element konstrukcyjny to w istocie zwykły otwór w ścianie umożliwiający dopływ światła i wymianę powietrza. Ale nie tylko. To również próg, który rozdziela i łączy to, co w środku, z tym, co na zewnątrz. Okno stanowi obowiązkowy, ale niezwykle ważny element każdego budynku, pośredniczy między światem zewnętrznym a wewnętrznym, a także ich sensem emocjonalnym, społecznym i środowiskowym. W dziele sztuki jego obecność można odczytywać jako metaforę pojęcia dominacji, nadzoru, podglądactwa lub tęsknoty. Stanowi wrota do innego świata, często wiązano je z samą istotą malarstwa, przyrównując substrat malarski do okna właśnie. Proces malowania można – i często się tak czyni – postrzegać również jako tworzenie okien na inny świat. Motyw ten symbolizuje więc samo malarstwo. Podobnie jest jednak również w przypadku technologii cyfrowych, zważywszy na to, jak obsesyjnie śledzimy okienka pojawiające się na ekranach naszych komputerów, tabletów i telefonów.
W niniejszym cyklu na okna kładzie się cień melancholii i wyobcowania. Pojawia się tu kilka postaci ludzkich, ale są one przeważnie bez znaczenia. Wyszukane barokowe i klasycystyczne ramy otaczające okna zaludniają manekiny i półżywe rośliny doniczkowe."

 

*Wszystkie zamieszczone cytaty pochodzą z tekstów wprowadzenia i opisu Pracy Doktorskiej Marka Filipiuka obronionej przed Radą Wydziału Malarstwa ASP Kraków w 2010 roku.

 

Wystawa będzie czynna w Galerii ASP (ul. Basztowa 18) do 30 września 2018 r.  od wtorku do niedzieli w godz. 12.00–17.00.

pikto filipiuk_ASP



Wpisany przez Monika Żarnowska 12.09.2018r. Ostatnia zmiana 12.09.2018r.

Strona internetowa Akademii Sztuk Pięknych im. Jana Matejki w Krakowie stosuje pliki cookies tzw. ciasteczka, są one konieczne do prawidłowego jej działania.
Kliknij zgadzam się, aby niniejsza informacja się nie pojawiała.

Akademia Sztuk Pięknych im. Jana Matejki w Krakowie | pl. Jana Matejki 13, 31-157 Kraków | [+48 12] 299 20 00 | Ten adres email jest ukrywany przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć