Zaznacz stronę

Józef Chełmoński, „Babie lato”, (1849-1914); źródło: MNW; https://cyfrowe.mnw.art.pl/pl/zbiory/446650

 

List otwarty Rektora Akademii Sztuk Pięknych im. Jana Matejki w Krakowie, prof. Andrzeja Bednarczyka.

Razu pewnego zdarzyło się w naszej kawiarni, że pewien pan z jakiejś tam partii puścił bąka w towarzystwie, bo zaszkodziła mu ustawa o zabezpieczeniu socjalnym osób wykonujących zawód artystyczny. To znaczy nie tyle treść ustawy, co jej pojawienie się na horyzoncie. Ustawy nie czytał, ale na sam jej widok dostał niestrawności. Ów bąk zwalił na jego głowę istną burzę z piorunami. Lecz ― jak to z burzami bywa ― w końcu przeszła bokiem i dalej toczyła swą gromowładność niejako na własny rachunek, wyładowując gniew, frustrację, oburzenie i niesmak wobec puszczającego bąki i jego popleczników, a ci – jak to w naszym lokalu często bywa – nie pozostawali dłużni. Przeciwstawne opinie dotyczyły bąka, a nie ustawy; wszak mało kto ją przeczytał, bo przecież nikt normalny nie wertuje ustaw przy porannej kawie. Gdy już wszystkie opinie i argumenty zostały wypowiedziane, z kawiarnianych stolików zrobiliśmy barykady i spoza nich obrzucaliśmy się inwektywami i ciastkami z kremem. Wojna trwała do świtu. Z pierwszym światłem dnia, zmęczeni, ale w poczuciu, że dobrze wszystko obgadaliśmy, rozeszliśmy się po domach.

To była dziwna burza i jeszcze dziwniejsza wojna: nie powodowała skutków. Żaden piorun nie zaszkodził puszczającemu bąki a obelżywe ciastka z kremem nie naruszyły wrogiej barykady. Co więcej, nie mogłem pozbyć się wrażenia, że rozbryzgując się na przeciwnikach, betonowały ich szańce. Tak, to prawda, że skutków nie było i wszystko, jakie było, takim pozostało. No, ale przynajmniej wszystko zostało rzetelnie obgadane i szlus.

Wróciłem do domu, zaparzyłem kawę, siorbnąłem i zacząłem przeglądać najnowsze komentarze do komentarzy.

Proszę pozwolić, że się przedstawię: jestem nierobem i darmozjadem. Od ponad półwiecza państwo finansuje wpierw moje kształcenie się w nieróbstwie, a później moje przyuczanie innych do nieróbstwa. Mam w tej dziedzinie niejakie sukcesy: spora rzesza nierobów ukończyła pod moją opieką studia a niektórzy nawet porobili z tego nieróbstwa doktoraty. Własne nieróbstwo finansuję sam. Na tym nie koniec. Pełniąc zaszczytne obowiązki rektora Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie czuję się spadkobiercą pokoleń nierobów i darmozjadów, poczynając od Jana Matejki, poprzez Stanisława Wyspiańskiego, Jacka Malczewskiego, Xawerego Dunikowskiego, Witkacego, Andrzeja Wajdę, Andrzeja Wróblewskiego, Wojciecha Hasa, Lidię i Jerzego Skarżyńskich, Tadeusza Kantora, Janinę Kraupe, po wielu, wielu innych. Mówcie, co chcecie, ale uważam, że bez nich nie byłoby dzisiaj wolnej Polski. Wielkość antenatów nie napawa mnie dumą – raczej niepokojem, czy w moim własnym nieróbstwie i w uczeniu nieróbstwa innych jestem w stanie być godnym pozostawionego mi dziedzictwa.

Á propos: zanim twórczość tu wymienionych została uznana za polskie dziedzictwo kulturowe, często przez społeczeństwo była uważana za kulturowe dziwactwo. Taka to jest kolej rzeczy, że dziedzictwo kiełkuje z dziwactwa. Osobiście martwi mnie inne zjawisko, a mianowicie rozplenienie się w Polsce kulturowego dziewictwa – stanu, w którym dusza pozostawiona na pastwę losu, została pozbawiona rozkoszy obcowania ze sztuką.. Skutkiem zaniedbań rzesze wrażliwych ludzi są kulturowo wykluczone.

Czyja to wina? Nasza!

Sztuka jest językiem duszy; to przez nią wyrażamy siebie, odkrywamy, kim jesteśmy. To ona tworzy idee, sensy i namysły, wokół których powstają wspólnoty. Języka trzeba się uczyć. Na początku, jak robią to dzieci, przez bierne uczestnictwo w życiu kulturalnym, a później w szkole, żeby poznać jej prawidła, być twórczym, rozumieć świat i budować cywilizację. Bez tego pozostaniemy kulturowymi analfabetami, którym jakiś pan z jakiejś tam partii puści bąka w nos ku ogólnej uciesze i oburzeniu.

To niedobrze. Bez sztuki jesteśmy bezbronni jak ślimaki wydłubane z pancerzy – każdy może nas rozdeptać.

W polskim systemie szkolnictwa edukacja kulturalna jest traktowana jak dopust Boży i gdyby nie banda dziwaków, ogarniętych pasją wspierania dziecięcych i młodzieżowych talentów, bylibyśmy Pustynią Kulturowych Dziewic.

Dosyć gadania. Samo się nie zrobi. Biorę się do roboty.

Bywajcie zdrowi

Wasz Darmozjad